[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ona. Jeżeli Brenda słyszy ich rozmowę, to musi przede wszy
stkim usłyszeć to, co on ma do powiedzenia. - Nie mam na
myśli targów, lecz twój liścik sprzed kilku dni. Zrozumiałem,
że jeżeli nie mam zamiaru się z tobą ożenić, nie będziesz chciała
mnie już więcej oglądać.
- No chyba nie sądzisz, że trzeba to brać dosłownie.
Wyciągnęła rękę, ale Fletch mocnym uściskiem przytrzymał
jej dłoń.
- Owszem - powiedział chłodno - potraktowałem to do
słownie. Zresztą takie właśnie miałaś intencje. Albo małżeń
stwo, albo zerwanie. Przyjechałaś wczoraj, bo okazało się, że
twoje rachuby zawiodły i nie zadzwoniłem do ciebie, aby ustalić
termin ślubu. Poszłaś po rozum do głowy i zozumiałaś, że po
sunęłaś się za daleko.
- Co masz na myśli, Fletcher? - zapytała Dominique ze
złością. - Nie zamierzasz się ze mną ożenić?
Nagle postanowiła zmienić taktykę. Przybrała słodki wyraz
twarzy i przyjęła seksowną pozę.
- Nie masz już ochoty?
Koniuszkiem języka zwilżyła wargi i posłała mu uwodziciel
skie spojrzenie.
- Pomyśl tylko... Już nigdy więcej?
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Dokładnie tak - odparł Fletch. - Nigdy więcej.
Otworzył drzwi, wpuszczając pokojówkę z wózkiem śniada
niowym. Był nakryty na dwie osoby i ozdobiony bukietem róż
herbacianych.
148 TYDZIEC DO ZLUBU
Oczy Dominique zwęziły się jak u kotki.
- Ach tak! No proszÄ™! Nasza poczciwa, skromna Brenda
potrafiła skorzystać z sytuacji! No, gratuluję podboju! Biedac
two, kochała się w tobie od lat i teraz, wreszcie, zdobyła cię na
kilka dni. Wiesz, co robisz, Fletcher. Afera miłosna potrafi zła
mać serce takiej naiwnej gąsce jak Brenda, ale co mnie to
w końcu obchodzi.
- Właśnie! - potwierdził Fletch. - Co cię to w końcu obcho
dzi? I na tym, jak sądzę, możemy zakończyć naszą znajomość.
Pora na ciebie, Dominique. Idz już. A skoro już przyjechałaś do
Las Vegas, które aż roi się od samotnych, bogatych facetów, to
skorzystaj z okazji i idz na Å‚owy do kasyna.
Gdyby Dominique rzeczywiście była kotką, wydrapałaby mu
teraz oczy. Wyszła, kręcąc biodrami, dając mu po raz ostatni
szansę stwierdzenia, co traci. Fletch nie musiał się jej nawet
przyglądać. Dobrze wiedział, co traci, a raczej, co wybiera.
Dominique była niewątpliwie wspaniałym okazem kobiety,
ale była to wspaniałość ograniczona wyłącznie do sfery fizycz
nej. A w ciągu ostatnich dni Fletch przekonał się, że kobieta,
która ma stać się towarzyszką jego życia i matką jego dzieci,
nie może być tylko ciałem. Musi mieć też duszę, serce i bystry
umysł. Musi być prawdziwą przyjaciółką!
Popchnął wózek w kierunku pokoju Brendy i wystukał na
drzwiach szybkie urywane staccano.
- Brendo! - zawołał, - Zniadanie wystygnie!
- Zaraz, zaraz!
Czekał cierpliwie, zastanawiając się po raz ostatni nad swoją
decyzją. Zaschło mu w gardle.
Brenda otworzyła drzwi. Miała na sobie krótką koronkową
koszulkę nocną. Strój, którego też ujrzeć się nie spodziewał.
TYDZIEC DO ZLUBU 149
Brenda była typem kobiety wysportowanej i Fletch wyobrażał
sobie, że sypia w piżamie lub bawełnianym podkoszulku.
- Wydawało mi się, że słyszałam głos Dominique.
- Och tak, wpadła na sekundę, by powiedzieć mi do widze
nia.
- Już wyjeżdża? - zdziwiła się Brenda. - Poczekaj chwilkę,
muszę się ubrać.
- Zdążysz. Zjedzmy najpierw, bo wszystko wystygnie. Poza
tym... bardzo ci Å‚adnie w tej koszulce.
Brenda z apetytem zabrała się do jedzenia chrupkich, przy
smażonych plasterków boczku.
- Uch, pyszne! A ty? Nic nie chcesz jeść?
Fletch przełknął ślinę. Raz kozie śmierć, pomyślał. Już!
Wyjął z kieszeni maleńkie pudełko, obite niebieskim aksa
mitem.
- Potem. Najpierw chciałem ci pokazać...
Podał jej pudełko.
- Co to?
- Pierścionek, oczywiście.
Brenda otworzyła pudełeczko, popatrzyła na pierścionek
i odstawiła je z powrotem na stół.
- Zliczny - powiedziała.
- Przymierz.
- No coÅ› ty!
- Przymierz - nalegał.
- Fletch - powiedziała poważnym tonem - rozumiem, że
wczorajszy incydent z pijaczkami nasunął ci myśl, że jeśli ma
my dziś nadal stosować... hm.... twój plan B, to powinnam mieć
na ręku pierścionek, bo inaczej takie typy mogą sobie pomyśleć
nie wiadomo co, ale to jest prawdziwe złoto i prawdziwy bry-
150 TYDZIEC DO ZLUBU
lant, czyli, krótko mówiąc: pierścionek zaręczynowy. Nie sądzę,
żeby Dominique była zadowolona, że pożyczyłeś mi pierścio
nek, przeznaczony dla niej...
- Przymierz.
Brenda wyjęła pierścionek i założyła go na palec.
- Pasuje.
- Oczywiście, bo został kupiony dla ciebie.
- Och, Fletch, rozumiem, że nasza przyjazń jest warta pier
ścionka, ale przecież nie takiego! Nie mogę się na to zgodzić.
Fletch spojrzał na nią ponuro.
- Powiedziałem ci już wczoraj, że dobrze by było, żebyś od
czasu do czasu spróbowała posłuchać tego, co do ciebie mówią.
Nie musisz zawsze wiedzieć wszystkiego lepiej. Ten pierścionek
jest dla ciebie i od dzisiaj będziesz go nosiła. I nie jest na po
żegnanie. Mam nadzieję, że wyraziłem się dostatecznie jasno.
Nalał kawy do filiżanki i wypił ją jednym haustem.
- A poza tym, bardzo cię proszę, przestań wiecznie przywo
ływać Dominique, jako ostateczny argument wszystkich twoich
decyzji. Mówiłem ci, że dobrze wiem, z kim zamierzam się
ożenić. Mówiłem?
- No tak, ale...
- I dla tej osoby kupiłem pierścionek. Czy i to jest jasne?
Brenda otworzyła usta.
- I nie próbuj ze mną dyskutować.
Zamknęła usta i dłuższą chwilę wpatrywała się w milczeniu
to w pierścionek, to we Fletcha.
- Ale to znaczy ..
t
[ Pobierz całość w formacie PDF ]